07fdef5812ae3146043012e4fc26058a 5903bb0004ee43673d690e4eff57663a 63863b75334751cb8314d08622272aa6 83be838a1c68f11ef9e4e39de541f318 b28da3c831c3176879cecde96d31b9ca d84f2790b8548d70bb64ce74713227fe e349c9e99b303bc8206ff5cbf52af9eb

maly lewObraz kota, lwa czy tygrysa jako miluśny pluszak z pazurami i kłami :-) od zawsze mi towarzyszył… Właściwie sama jestem chodzącym własnymi drogami kotem, gdzie niezależność łączyła się we mnie z poczuciem wyobcowania, które nikt nie mógł przełamać. Nie potrafiłam pozbyć się swoistego "drapania i gryzienia" w relacjach z innymi ludźmi. Im bardziej mi na kimś zależało, tym głośniej "prychałam", nie mając ochoty na "łaszenie". Z dumnym majestatem lwicy odchodziłam z lekceważeniem machając wyimaginowanym ogonem z pomponikiem… Moja prowokacja obejmowała również Boga. Całą swoją osobą wątpiłam. Mówiłam Mu: "I tak niczym mnie nie zaskoczysz. Tego czego naprawdę pragnę, tego mi nie dasz. Nie potrzebuję więc Ciebie ani Twojej łaski. Jesteś daleko, nie usłyszysz mnie niezależnie, ile będę prosgić. Nie będę Cię więc błagać. Dam sobie radę sama…"

Czułam gniew i bunt choć jednocześnie pragnęłam ciepłej czułości i bliskości drugiego człowieka? Boga? Wszystkich po trochu. Poczuć pierwszego, aby dojść do Najwyższego. Brakowało mi przeświadczenia miłości, jakbym żyła na wyjałowionej z uczuć pustyni. Choć paradoksalnie jako psychoterapeuta byłam z ludźmi, uczestniczyłam w ich życiu, dawało mi to zawodową satysfakcję. Zdawałoby się, że dysponuję cudowną psychologiczną pigułką szczęścia i kto jak kto, ale ja nie powinnam doznawać poczucia straty. Ta świadomość jeszcze bardziej wprawiała mnie w ironiczno - depresyjny nastrój i chęć wycofania z wszelkich kontaktów z innymi, bo co by moi pacjenci na to powiedzieli… Mam przyjaciół, ale brakowało mi mojego własnego, prywatnego nieba. Czułam się bezradna, gdyż nie umiem, jest to poza moją siłą, aby je zdobyć?, uzyskać? Poszukiwałam absolutnie subiektywnego szczęścia, którego nie potrafiłam określić, za czym tak naprawdę tęsknię.

Na Fundamencie miałam okazję zatopić się w całkowitym milczeniu. Panująca cisza była dla mnie specyficzną modlitwą wewnętrznego wyciszenia. Czułam się wręcz głaskana po duszy. Problem jednakże tkwił w tym, że czułam, że moje emocje są zamknięte i ściśnięte, po prostu biedne. Kiedy po raz kolejny "mieliłam" w sobie przeszłe zdarzenia moja świadomość skoncentrowała się na wspomnieniu czarnego kota, zwierzątka znanego mi bardzo dobrze z własnego życia. Przypomnienie milusińskiego drapieżnika wywołało we mnie uczucie rozlewającego się od serca ciepła. Z sympatią przypomniałam sobie "kokietowanie" czarnej kotki, która ze swoistą gracją to przybliżała się, to oddalała, raz pokazywała miękki, delikatny brzuszek, to wyrywała się z ramion, nie pozwalając się przytulić. "Tak jak i ja Bogu…" przemknęło mi przez głowę. Wspomnienie mojej własnej przyjemności oswajania kotki, powolnego i bez zniecierpliwienia, przyniosło skojarzenie, że może i mnie Pan tak "oswaja" nie denerwując się, że Mu uciekam, zwodzę, wycofuję się w tej odwiecznej walce o miłość, akceptację i niezależność. Może i Bóg ma przyjemność w dobrotliwym podchodzeniu do swoich nieposłusznych stworzeń. Może wcale nie cierpi i nie smuci się naszą "grą", pozornym odrzuceniem, gdyż rozumie naturalne zasady naszej niedoskonałości, odrzucania Jego miłości, lęku przed Jego bliską obecnością.

Poczułam ulgę, że moja niedoskonałość nie rani Go boleśnie. Jest przy tym lęku, gniewie, ale potrafi pomóc, jest silny jak doskonały terapeuta, który wchodzi w cierpienie innych, ale ten ból go nie niszczy, nie łamie. Jego obecność nie obudziła we mnie poczucia winy za to, że jestem niedoskonała. Po raz pierwszy od wielu lat poczułam, a nie poznałam, Jego bezwarunkową akceptację, co przyniosło we mnie chęć modlitwy, prawdziwej rozmowy z Bogiem. Mimo że byłam rozczarowana rzeczywistością zaczęłam od wdzięczności za wszystko, co było dobre w moim życiu i zauważyłam, że nie było tego mało. Mówiłam Mu o prostych rzeczach, do których podchodziłam wcześniej na zasadzie "to mi się należy i pragnę jeszcze więcej". Powoli odzyskiwałam nadzieję, potem energię. Właściwie do końca rekolekcji nie potrafiłam Mu powiedzieć o swoim żalu i gniewie, tak jakbym nie chciała nadszarpnąć w sobie tego kruchego na razie porozumienia.

Nie powiem, że od tej chwili mój cały świat cudownie się zmienił. Na wydarzenia z rekolekcji patrzę teraz z półrocznej perspektywy, więc zauważam delikatne działania Boga, który prawdę powiedziawszy musiał się nieźle napracować nad moim uporem, dumą i tendencją do pesymizmu. Ale przeobraził we mnie to, co było dla mnie najbardziej bolesne… Na początku był czas między nami na poczucie bliskości, zaprzyjaźnienie. Później na ponowną pełną dystansu obserwację, aby móc wyrazić gniew, rozczarowanie. Był również czas na obrażenie i "kotowate" nadęcie się, że "znowu nie spełniasz moich oczekiwań, a ja tego chcę". Potem były nawet negocjacje, jak Ty mi to, to ja Ci obiecam, co innego. Bóg jednak nie poddał się manipulacji, był twardszy niż ja. Nieodmiennie powoli i spokojnie prowadził mnie do prawdy o mnie, do mnie bardziej pogodzonej oraz bardziej cierpliwie oczekującej na to, co życie przyniesie. Z wieloma sprawami się pogodziłam, inne jeszcze nie zostały rozwiązane, jedne oddaję całkowicie Bogu, drugie kurczowo jeszcze trzymam przy sobie, nie pokazuję jak dziecko, które się obawia bólu i nie chce otworzyć buzi, aby lekarz je zbadał. Wiele elementów z układanki życia zaczęło się łączyć w spójną całość w rzeczywistości. Spojrzenie w przeszłość pozwoliło mi zobaczyć, że wszystkie wydarzenia w moim życiu, zarówno te dobre, jak i bolesne miały swoje znaczenie, nie było elementu niepotrzebnego, wszystko stanowiło logiczną całość, która doprowadziła mnie do tego momentu, w którym jestem.

Powinnam więc nie czuć lęku, ale się nadal boję. Po prostu po człowieczemu boję się nowości… Jednakże mam świadomość Jego cichej obecności i akceptacji dla mnie. Widzę Go, jak siedzi koło mnie i czeka na rozmowę ze mną, aby mój niepokój z miłością uśmierzyć w modlitwie. Najtrudniej jest mi bowiem uwierzyć, że chce się mną zaopiekować, z troską przygląda się moim poczynaniom. A ja przecież mam swój plan na życie i prowokacyjnie pytam:

"I co Ty na to?"… Tyle że akurat ten rozdział mojego losu dopiero się pisze…

 Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać,
ale miłość moja nigdy nie odstąpi od ciebie
i nie zachwieje się moje przymierze pokoju, mówi Pan (Iz 54,10)

 Alicja

Newsletter ICFD

Podziel się...

Gościmy

Odwiedza nas 53 gości oraz 0 użytkowników.

Ten serwis używa cookies!

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem