07fdef5812ae3146043012e4fc26058a 5903bb0004ee43673d690e4eff57663a 63863b75334751cb8314d08622272aa6 83be838a1c68f11ef9e4e39de541f318 b28da3c831c3176879cecde96d31b9ca d84f2790b8548d70bb64ce74713227fe e349c9e99b303bc8206ff5cbf52af9eb

twarzMimo tego, że minęły już dwa miesiące od zakończenia rekolekcji, wiele treści z IV Tygodnia nadal we mnie pracuje i ukazuje się w nowym świetle. Dlatego też postanowiłem podzielić się jednym ważnym owocem, który zrodził się w czasie tych rekolekcji.

Nie bez powodu też dałem taki tytuł, gdyż twarz, wygląd twarzy i spojrzenie na samego siebie odgrywały w tym dużą rolę. W dynamice mojego przeżywania IV Tygodnia zauważyłem taką szczególną właściwość- stopniowe przechodzenie od tego, co zewnętrzne do tego, co jest we mnie. Przejawiało się to tym, że np. na początku rekolekcji podejmowałem dużo modlitwy w intencji ludzi których znam, nie bardzo wchodząc w to, co dotyczy mnie samego. Ale gdy już zacząłem bardziej przeżywać treści, to nadal odnosiło się to do innych ludzi, moich relacji w rodzinie, z rodzeństwem. Zaczęły przypominać mi się najtrudniejsze sytuacje i słowa, których do tej pory w sobie nie przetrawiłem i nie wybaczyłem tego. Uzewnętrzniały się z tego powodu bardzo mocno pewne emocje- gniew, żal, złość na siebie, rodzeństwo, rodziców... To wszystko było do pewnego momentu.

Przyszła taka szczególna chwila. Było to tuż przed rozmową z moim kierownikiem duchowym w poniedziałkowe południe. Tuż przed drzwiami jego pokoju przez głowę przeleciała mi myśl: "do niczego się nie nadajesz..." Nie poruszyłem ani słowem na rozmowie tej myśli, bo to było tylko chwilowe i dopiero zaczynało we mnie pracować. Zdanie to krótkie, ale bardzo konkretne. Słyszałem je z ust mojego taty w dzieciństwie kilka razy i bardzo wyryło się w mojej pamięci. Jasna ocena mnie ze strony ojca. Wiele razy wracałem już do tych sytuacji z dzieciństwa, przy okazji różnych rekolekcji czy modlitw o uzdrowienie i Pan Bóg pomógł mi wybaczyć tacie te momenty i słowa. Z tego powodu w czasie tych rekolekcji nie chciałem do tego wracać myśląc, że przecież już to przepracowałem... ale to wróciło samo.

Tego dnia, popołudniu, idąc na spacer do lasu czułem się bardzo oszołomiony. Nie bardzo wiedziałem w tym momencie kim jestem, jaki jestem, gdzie, w którym momencie mojego życia ani nawet po co przyjechałem do Gdyni na rekolekcje. Po powrocie ze spaceru w planie miałem rozpoczęcie kontemplacji, ale nie było na nią żadnych szans. Usiadłem na łóżku i w stanie takiego oszołomienia siedziałem dłuższy czas. W pewnym momencie, nie w sposób fizyczny ale wewnętrzny, w darze obrazu zobaczyłem Jezusa klęczącego, wpatrzonego we mnie i mówiącego: "Kocham cię, kocham cię, kocham cię, kocham cię..." Obraz ten trwał. Mało z tego rozumiałem, ale po kilku minutach trwania tego wszystkiego moje oszołomienie zaczęło przeradzać się w gniew, ból i bardzo mocny bunt. Ze środka mnie zaczęły się wydobywać różne jęki, uzewnętrzniał się ból, ale nie przez łzy. Gniew był gniewem na samego siebie, a w tym bólu i jękach pytałem: jak Ty mnie możesz kochać? Mnie? Za co???

Ale to trwało. Jezus nie przestawał, tylko ciągle mówił: "Kocham cię, kocham cię, kocham, kocham..." A mój stan raczej się pogarszał niż poprawiał... Ty mnie kochasz? Ja sam siebie nienawidzę, a Ty mnie kochasz??? Gdy wylądowałem w łazience, w lustrze na swojej twarzy zobaczyłem wymalowaną całą tą nienawiść do siebie, gniew, żal, rozczarowanie sobą... próbowałem doprowadzić siebie do "stanu używalności", by móc iść na Mszę, ale to było bardzo trudne. Moje roztrzęsienie trwało nadal, ból się raczej nasilał niż malał. Na samej Mszy miałem wątpliwość czy przyjmować Pana Jezusa w Komunii, czy nie, skoro tak bardzo sam siebie nienawidzę. Na tej Mszy złożyłem w ofierze nie tylko ten moment mojego życia, to co akurat przeżywałem, ale wszystkie powody i chwile z mojego życia, które do tego momentu doprowadziły.

Po Mszy, w czasie Adoracji pojawiło się Światło z Nieba. Zobaczyłem jeszcze raz historię tego zdania "do niczego się nie nadajesz". Przez długi czas, starając się wybaczyć to mojemu tacie, z pomocą łaski Pana Boga, udało mi się to zrobić. Ale sam przed wielu laty w to uwierzyłem. Uwierzyłem mojemu tacie w to, co powiedział. Uwierzyłem, że nie nadaję się do niczego. Przez szereg lat podświadomie starałem się udowodnić, że jest inaczej, że jednak do czegoś się nadaję, że jestem przydatny, że można na mnie polegać, itd... ale wewnątrz siebie byłem święcie przekonany, że do niczego się nie nadaję. Ten dzień na rekolekcjach poruszył tym i wstrząsnął. Jezus chciał na nowo pokazać jak bardzo mnie kocha i że jest to miłość bezinteresowna, prawdziwa, nowa, akceptująca mnie całego.

Następnego poranka, po tym ciężkim popołudniu poprzedniego dnia, poszedłem do spowiedzi i na nowo powierzyłem to wszystko Panu. Po spowiedzi znów wylądowałem w pokoju i... jeszcze raz, ale już w innym momencie mojego życia, otrzymałem obraz klęczącego Jezusa, mówiącego: "Kocham cię, kocham, kocham, kocham..." Tym razem potrafiłem to zaakceptować i uznać, że tak naprawdę jest, a moja twarz rozpromieniła się na dobre. :-) spoglądając w lustro zobaczyłem innego siebie. Szczęśliwego. Akceptującego to, co było trudne. Zobaczyłem też swoje nowe oczy. Pełne nadziei na moje dziś i moje jutro.

Taki wróciłem z tych rekolekcji i tak teraz żyję. Pełen nadziei. No i inaczej spoglądający na siebie w lustrze i z inną samooceną, tzn. z oceną Boga mówiącego "Kocham cię, kocham cię, kocham..." Chwała Panu!!!

Diakon Tomek

---

Photo used under Creative Commons from flyzipper

Newsletter ICFD

Podziel się...

Gościmy

Odwiedza nas 76 gości oraz 0 użytkowników.

Ten serwis używa cookies!

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem