07fdef5812ae3146043012e4fc26058a 5903bb0004ee43673d690e4eff57663a 63863b75334751cb8314d08622272aa6 83be838a1c68f11ef9e4e39de541f318 b28da3c831c3176879cecde96d31b9ca d84f2790b8548d70bb64ce74713227fe e349c9e99b303bc8206ff5cbf52af9eb

orlowoObrażona byłam na Boga. Rozczarowana tym, ze nie spełnia moich pragnień. Obrażona byłam śmiertelnie, jak... Jonasz pod krzakiem janowca. "Słusznie gniewam się śmiertelnie" (Jon 4, 9). Zawiodłam się na Bogu i nie potrafiłam mu wybaczyć. Jeszcze gorsza była świadomość, że że Ten, wobec którego mam tyle żalu, tak naprawdę decyduje o moim życiu, zwłaszcza wiecznym. Mówiłam Bogu, że boję się go, bo nie mogę mu ufać naprawdę. Boję się go jako tego, do kogo należy ostatnie słowo, a komu nie ufam. Byłam pod ścianą.

Nie modliłam się - w sensie pobożnych praktyk. Pogrążałam się w coraz większej ciemności. W coraz większym grzechu. Ale w tym rozżaleniu wobec Boga, w buncie, bólu, rozpaczy - może nawet jakichś stanach depresyjnych - wciąż towarzyszyła mi świadomość, że jeśli odrzucę Boga, to trafię - jak to mówił Ignacy – pod sztandar złego ducha. Wiedziałam, że nie ma nic pomiędzy, że stoję przed wyborem: albo Bóg albo szatan. Już czułam w sobie, ze jestem pod coraz większym wpływem tego ostatniego. Coraz bardziej bezradna i bezwolna byłam wobec pokus. Coraz bardziej moje życie - zwykłe takie codzienne - było w chaosie. Byłam ciągle zmęczona - nie mając zbyt wielu obowiązków i spraw, czułam jednak wciąż jakąś zadyszkę. Wszystko mi się rozsypywało.

Dlatego w całym tym stanie: buncie, grzechu nie zrezygnowałam z chodzenia na Mszę świętą. Chodziłam tylko w niedzielę. Milcząco w niej uczestniczyłam, właściwie tylko obecna byłam na Mszy Św. Milczałam uparcie. Jedyne co mówiłam półgłosem to Credo i Ojcze nasz. Ale i to też dopiero z czasem. I wieczorem przed snem robiłam znak krzyża. Traktowałam te dwie rzeczy: eucharystię raz w tygodniu i znak krzyża przed snem jako ostatnią deskę rachunku, egzorcyzm. Na Mszy często ciekły mi łzy, nieustannie mówiłam Bogu o tym, co czuję. Krzyczałam w duchu, płakałam. W tonie wyrzutu powtarzałam, że nie umiem z tego wybrnąć sama. I z czasem coraz bardziej docierała do mnie myśl, że trzeba to jakoś załatwić. Wciąż nie potrafiłam przebaczyć Bogu, ale coraz silniejsze było we mnie poczucie, że jeśli nie spróbuję... że trzeba coś z tym zrobić, bo będę spadać po równi pochyłej. Nie spowiadałam się już ponad rok. Nie chodziłam też do komunii św. Sęk w tym, że nie byłam też absolutnie gotowa na spowiedź.

Pomyślałam o rekolekcjach. To był impuls, którego nie analizowałam, nie roztrząsałam, tylko zdecydowałam się mu poddać. Zaczęłam szukać. Ale żaden temat mi nie odpowiadał. W internecie jest dostęp do wielu ofert, jednak żadna mi nie odpowiadała, nie byłam w stanie podjąć żadnego tematu proponowanego przez najróżniejszych organizatorów.

Oprócz jednych. Znalazłam rekolekcje z indywidualnym prowadzeniem u jezuitów w Gdyni. Postanowiłam się zapisać. W lutym - jakoś tak. Ale okazało się to nie takie proste, bo nie było już miejsc na sierpień. Więc musiałam jeszcze poczekać. Wolny był dopiero listopadowy termin - ostatni tydzień przed adwentem. Od lutego do listopada - przez cały ten czas żyłam tak, jak do tej pory, nic się nie zmieniło. Czułam tylko, że naprawdę coraz większy wpływ ma na mnie zły duch. To nie znaczy, że zmieniło się jakoś zewnętrznie moje życie, że hulałam, korzystałam z uciech, jawnie grzeszyłam. Czasami nawet, kiedy mówiłam znajomym niewtajemniczonym w mój stan ducha, że potrzebuję się nawrócić, uśmiechali się, jak by usłyszeli żart. Jednak wewnątrz, w moim sercu, w ukryciu obrażałam Boga. Był we mnie żal za te grzechy, ale nie było we mnie absolutnie mocy i siły do zerwania z nimi - choćby tylko z szacunku do samej siebie.

Wreszcie przyszedł czas i pojechałam. Bez chwili zawahania, wątpliwości. Wcale nie myśląc, nie planując, co się na miejscu wydarzy. Już na pierwszym spotkaniu z osobą towarzyszącą z wielkim płaczem wypowiedziałam to wszystko, co we mnie było przez cały ten czas, cały mój żal. To również jak bardzo jestem niegotowa na pojednanie z Bogiem, mimo że jeszcze w pociągu uświadomiłam sobie, że jeśli mam jakieś oczekiwania wobec rekolekcji to właśnie to, że się na nich wyspowiadam, nic więcej. Mówiłam o tym, że właściwie jestem tu tylko z lęku przed potępieniem, przed grzechem, przed szatanem, nie ma we mnie żadnych szlachetnych pobożnych pobudek. Zachęcona przez towarzyszącą mi siostrę wybrałam z Biblii fragmenty, które miały charakteryzować moją sytuację. Zebrałam obrazy, które mi przez cały czas kryzysu towarzyszyły: O Marcie, która, gdy spotkała Jezusa już po śmierci swojego brata, mówiła: "Panie, gdybyś tu był, Łazarz by nie umarł". "Brat twój zmartwychwstanie" - mówi Jezus. Na to Marta: "Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym" (J 11, 21 i nn.) Tak też wyglądały moje rozmowy z Bogiem. Boże, przecież wiem, że jesteś wszechmocny, wiem, jesteś silny, wiem, że chcesz mi dać życie wieczne. Ale to są czasy ostateczne, a ja  t e r a z  umieram, jestem jak suchy badyl, trawa złamana, knot zgaszony (por. Iz 42, 3). A tak chciałabym żyć pełnią życia.

Inny obraz to właśnie Jonasz, którego zawsze lubiłam w tym szczerym obrażeniu się na Boga. Bóg pyta: "Czy słusznie się oburzasz z powodu tego krzewu?" Odpowiedział: "Słusznie gniewam się śmiertelnie" (Jon 4,9)

Jeszcze inny to przypowieść o talentach, w której o tym, jak pewien człowiek wyjechał, zostawiwszy swoim sługom talenty (Łk 19, 12 i nn). Widziałam siebie jako tego, który zakopał swój jedyny i zapytany, dlaczego ich nie pomnożył, powiedział do swojego pana: bałem się ciebie. Właśnie te słowa:  b a ł e m się ciebie.

I też taki obraz mi towarzyszył przez większą cześć rekolekcji: wyobrażałam sobie siebie jako dziecko, które obrażone ucieka do swojego pokoju i w całej swojej bezsilności, złości, poczuciu niezrozumienia wobec ojca, który postępuje z nim tak, że ono nie rozumie, zamyka drzwi za sobą i nie chce ich otworzyć. A za tymi drzwiami jest ojciec. No i co teraz. Dziecko z zaciśniętymi piąstkami i rękami obejmującymi siebie mówi: nie otworzę ci, nie wpuszczę cię, nie rozumiem cię, zraniłeś mnie. Ale jednak po cichu w głębi serca liczy, że ojciec znajdzie wyjście z tej sytuacji. I tak trwałam. Na modlitwie.

Wkrótce po rozpoczęciu rekolekcji w czasie Mszy św. w kazaniu po Ewangelii o wdowim groszu, kiedy kapłan powiedział, że nikt wdowy nie zmuszał, nie zrobiła tego też na pokaz - dała ile mogła w hojności serca - wzruszyłam się, bo odczułam głęboko, jak bardzo Bóg docenia ten mój krok - przyjazd na rekolekcje. To było ważne doświadczenie.

Ale moje serce wciąż było zaślepione i twarde. Na rozmowach doszłyśmy z siostrą do impasu. Naprawdę nie było wiadomo, jak z tego wybrnąć. Siostra zaproponowała mi, że może jednak spowiedź. Wspólnie uznałyśmy, że to jest jedyny sposób, żeby wyrwać się spod władzy złego ducha, który trzyma mnie w garści. Zdecydowałam się więc. Zdałam się na Boga w tej spowiedzi, jako na tego, który ma moc jakiej ja nie mam. Zaraz, jeszcze tego samego dnia umówiłam się z kapłanem. Od razu powiedziałam, że nie jestem na pojednanie z Bogiem zupełnie gotowa. I opowiedziałam mu, dlaczego przychodzę do tej spowiedzi. Wyznałam cały swój ból, rozgoryczenie, rozżalenie, swój grzech... A potem bez przekonania, nie zgłębi serca, raczej z rozsądku, wyprzedzając serce, wymówiłam słowa: proszę o pokutę i rozgrzeszenie.

Dzień i noc w okolicy tej spowiedzi była dla mnie ciężka. Nie czułam jakiejś walki duchowej, wewnętrznej, objawiającej się w trudności podejmowania decyzji, jak właśnie ta o spowiedzi, czy pójście na modlitwę. Nie czułam jakiegoś ogromnego zamętu w sobie, miałam nawet wrażenie, że walka o mnie toczy się na serio, ale niejako poza mną. Bo że toczy się - mówiło mi o tym moje ciało. Byłam kompletnie zdumiona tym, jak reaguje moje ciało, jak ponosi ciężar tej walki - jak choćby przez zachwiania równowagi podczas spaceru, ogólne zmęczenie i nie tylko.

Po spowiedzi w oka mgnieniu dotarło do mnie, pod jaką władzą złego ducha byłam, jak dałam mu się zwieść, jeśli chodzi o sposób interpretowania i patrzenia na całą sytuację w jakiej się znalazłam przez kilka ostatnich lat. Historia żywcem z Raju, gdzie wąż okłamał Ewę, że to Bóg chce ją czegoś pozbawić, schować przed nią, ukryć zazdrośnie. To wszystko stało się dla mnie jasne i to w sposób, który mnie po prostu powalił, że jak ręką odjął zły duch stracił nade mną władzę. Zmieniło się moje myślenie - przy czym nikt mi nic nie tłumaczył, ani siostra ani spowiednik. Bez dyskusji uznałam słuszne słowa zaproponowane mi w tym momencie przez siostrę z Księgi Syracha: Nie mów: "Pan sprawił, że zgrzeszyłem", czego On nienawidzi, tego On nie będzie czynił (Syr 15, 11-20). Nie umiem jeszcze o tym mówić, jak Bóg mi się objawił. Nie towarzyszyła temu żadna egzaltacja, uczucia.  Po prostu poczułam się tak, jak bym została uwolniona ze śmiertelnego uścisku.  Bóg nie tłumaczył mi się, nie odnosił się do moich wcześniejszych pytań, pretensji - tak jak w opowieści o Hiobie - ale przyjął mnie bez słowa wyrzutu, przygarnął mnie, właściwie walczył za mnie. Wykorzystał tylko moją decyzję o wybraniu się na rekolekcje i determinację, jaka mi towarzyszyła w ich czasie. Bóg to wszystko wziął i wykorzystał na moją korzyść a swoją chwałę. I jakby mówił do mnie słowami z Księgi Izajasza: "Nie lękaj się, bo już się nie zawstydzisz, nie wstydź się, bo już nie doznasz pohańbienia. Raczej zapomnisz o wstydzie twej młodości. I nie wspomnisz już hańby twego wdowieństwa..." (Iz. 54,4-10)

Zobaczyłam jasno, jakie pobojowisko jest we mnie, jak bardzo teraz potrzebuję Ducha Świętego, który ożywi tę pustynię. Przez jeszcze kilka dni rekolekcji starałam się usłyszeć, odnaleźć w sobie odpowiedź Boga na tę sytuację: co powinnam robić. Wyjechałam z rekolekcji nie pozbawiona tej propozycji, tej instrukcji. Dał mi też poznać mój stan i sytuację w zupełnie nowym świetle i dał mi wskazówki na przyszłość - tę najbliższą, wcale nie w jakiejś odległej perspektywie. Wiedziałam, że się muszę modlić o Ducha Świętego.

Jeszcze w domu rekolekcyjnym, wciąż z obawami, ale jednak w posłuszeństwie przystąpiłam do komunii św. Otworzyłam usta na Eucharystii, modliłam się i śpiewałam z innymi. Po prawie dwóch latach. Na modlitwie rozważałam tekst Iz.

Bardzo mi pomagała w czasie ćwiczeń postawa towarzyszącej mi siostry, która była bardzo delikatna wobec mnie. Poznawszy, po jakiej jestem formacji i jaką mam wiedzę, i jak głęboki kryzys mnie dotknął, nie próbowała mnie pouczać (w moim stanie ducha i tak żadne argumenty rozumowe do mnie nie trafiały). Okazywała bardzo dużo wyczucia, jeśli chodzi o proponowaną mi modlitwę. Zawsze najpierw słuchała mnie uważnie. Była też bardzo dyskretna, nie dopytywała o żadne szczegóły z mojego życia, bazowała na tym, co sama jej mówiłam.

Wyjechałam z tych rekolekcji z poczuciem, że walczył o mnie Bóg, że przyjął mnie bez wyrzutu i że daje mi szansę. Przez całe te rekolekcje i w ogóle w całym czasie tych ciemności, miałam bardzo silne poczucie wartości modlitwy wstawienniczej za mnie. Wiedziałam, że są konkretni ludzie, którzy znają mój stan i modlą się w mojej intencji. Zdawałam sobie sprawę z tego, że ta determinacja, konsekwencja to jest zasługa ich modlitwy. To, jak te moje rekolekcje gładko - jeśli tak można powiedzieć - bez komplikacji przeszły i zakończyły się sukcesem, też wiedziałam, że zawdzięczam modlitwie za mnie. Towarzyszył mi obraz z Ewangelii, jak to przyjaciele spuszczają paralityka do Jezusa przez dach. Na modlitwie nie czułam obecności Boga tak bardzo - nawet w ogóle - natomiast czułam wyraźną obecność tych, którzy się za mnie modlili. A Mojżesz, którego ręce podtrzymywano, żeby nie omdlały i nie opadły, kiedy jego ludzie walczyli z wrogiem? - to też bliski mi obraz. 

Kiedy wróciłam do domu, moje życie nie zmieniło się o 180 st., ale powoli odnajduję drogę i siebie w życiu, i swój sposób na życie. W zgodzie z Bogiem, ze sobą i z tym, co życie niesie. 

Alleluja.
Miłuję Pana, albowiem usłyszał głos mego błagania,
bo ucha swego nakłonił ku mnie w dniu, w którym wołałem.
Oplotły mnie więzy śmierci, dosięgły mnie pęta Szeolu, popadłem w ucisk i udrękę.
Ale wezwałem imienia Pańskiego: «O Panie, ratuj me życie!»
Pan jest łaskawy i sprawiedliwy i Bóg nasz jest miłosierny.
Pan strzeże ludzi pełnych prostoty: byłem bezsilny, a On mię wybawił.
Wróć, moja duszo, do swego spokoju, bo Pan ci dobrze uczynił.
Uchronił bowiem moje życie od śmierci, moje oczy - od łez, moje nogi - od upadku.
Będę chodził w obecności Pańskiej w krainie żyjących.
Ufałem, nawet gdy mówiłem: «Jestem w wielkim ucisku».
Powiedziałem w swym przygnębieniu: «Każdy człowiek kłamie!»
Cóż oddam Panu za wszystko, co mi wyświadczył?
Podniosę kielich zbawienia i wezwę imienia Pańskiego.
Moje śluby, złożone Panu, wypełnię przed całym Jego ludem.
Drogocenną jest w oczach Pana śmierć Jego czcicieli.
O Panie, jam Twój sługa, jam Twój sługa, syn Twojej służebnicy: Ty rozerwałeś moje kajdany.
Tobie złożę ofiarę pochwalną i wezwę imienia Pańskiego.
Moje śluby, złożone Panu, wypełnię przed całym Jego ludem.
na dziedzińcach domu Pańskiego, pośrodku ciebie, Jeruzalem.
(Ps. 116)

Newsletter ICFD

Podziel się...

Gościmy

Odwiedza nas 66 gości oraz 0 użytkowników.

Ten serwis używa cookies!

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem