07fdef5812ae3146043012e4fc26058a 5903bb0004ee43673d690e4eff57663a 63863b75334751cb8314d08622272aa6 83be838a1c68f11ef9e4e39de541f318 b28da3c831c3176879cecde96d31b9ca d84f2790b8548d70bb64ce74713227fe e349c9e99b303bc8206ff5cbf52af9eb

 

Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: "Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!" Na to odezwał się Piotr: "Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!" A On rzekł: "Przyjdź!" Piotr wyszedł z łodzi, i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: "Panie, ratuj mnie!" Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: "Czemu zwątpiłeś, małej wiary?" Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył
/Mt 14, 24-33/.

 

 

* * *

Och... jak często te słowa padają z moich ust i tak często dźwięczą w moim sercu, jak gdyby chciały je rozerwać. Na sesję o przebaczeniu trafiłam zupełnie przypadkowo. Nie miałam żadnych wyobrażeń odnośnie spotkań, osób czy miejsca - czułam jedynie paraliżujący lęk, który non stop wyrzucał mi pytanie: "jak powiesz obcym ludziom, że twój ojciec cię nie kochał i nie kocha?". Długie lata czułam się winna za brak jego miłości, winna za jego błędy i rany, które zadał mnie i mojej rodzinie. Potem przyszedł kolejny lęk: "Boże mój, jestem tu najmłodsza, co oni sobie o mnie pomyślą?"

I tak jak Piotra, Pan chwycił mnie mocno za rękę na wzburzonym morzu moich emocji i lęków - i każdy kolejno zaczął usuwać. Pierwsza Eucharystia, pierwsze spotkanie, pierwsze ćwiczenia w grupach, pierwsze słowa... Z każdą minutą czułam jak Bóg uwalnia mnie i odrywa plastry przeszłości; jak nadaje sens nadziei na piękne jutro. Każdy uśmiech, przytulenie, każda podana paczka chusteczek i każde wymienienie swoich przeżyć, doświadczeń, było przyglądaniem się swoim ranom i oddawaniem ich Sercu Miłosiernego, który dotykał je i w sposób bardzo subtelny leczył. Zrozumiałam czym jest przebaczenie i jak daleka jeszcze przede mną droga do wewnętrznego pokoju. Wbrew pozorom ta wiedza dała mi niesamowitą radość i poczucie bezpieczeństwa. Wiem co mam robić! Moje życie jest w moich rękach, nie mojego ojca, ale w moich! Moje życie nabiera kolorów i kształtów. To była niełatwa praca, czasem wyczerpująca, czasem denerwująca, bo tyle we mnie blokad, tyle masek przytwierdzonych do mego ciała. Było ciężko, ale jakże pięknie! Tylu cudownych ludzi w okół, tyle wspaniałych rozmów, plan dnia, w którym było miejsce na samotne "sam na sam" z Bogiem i kawkę w kawiarence :) no i wyrozumiałość i ciepło pani Joli. Wszystko dostrojone idealnie, jakby przez samego Pana Boga :) Niezwykłe było również pożegnanie... zwykle przyklejałam się do ludzi, chcąc ich wsadzić do swojej walizki i zabrać ze sobą, a szczególnie tych, którzy okazali mi wyrozumiałość i dobroć. Po tej sesji miałabym niemały problem, gdyż tych cudownych ludzi było mnóstwo, a torba podróżna niewielka ;-) to całkiem niedawne, niezdrowe przywiązywanie się do innych właśnie na tej sesji definitywnie uzdrowił Pan. Wyjechałam WOLNA. I choć wspominam każdego z nostalgią i łezką w oku, to jestem szczęśliwa, że każdy z nas potrafił wrócić przemieniony, dotknięty łaską do swoich rodzin, do swojego własnego życia i tam tą łaską się dzielić. Jestem szczęśliwa z tej przestrzeni, która nas dzieli, a jednocześnie łączy, bo przecież kiedyś znowu się spotkamy... przed Obliczem Miłosiernego.

Wracałam do Krakowa szczęśliwa, z nowymi postanowieniami i planami, z pewnością, że jestem kochana i warta miłości. Można powiedzieć, że entuzjazm wzniósł mnie bardzo wysoko, trochę latałam w obłoczkach.. sprowadzenie na ziemię było bardzo bolesne: wysiadając z pociągu, witając się z Lubym, dostałam telefon z informacją, że moja mama jest śmiertelnie chora, że ma raka. Płakałam do trzeciej nad ranem, w końcu w zderzeniu tych tak przeciwstawnych emocji: szczęścia i rozpaczy, uszły ze mnie wszystkie siły i zasnęłam. Zaczął się nowy dla mnie etap, którego zupełnie się nie spodziewałam... Już nie tylko krzyczę "Panie, ratuj mnie", i nie tylko wyciągam rękę, by Chrystus trzymał mnie podczas szalejącej wichury i wielkiej ciemności, ale zlękniona i opadnięta z sił, wreszcie oddałam się całkowicie Jemu i Jego mocy. Dziś On wyciąga mnie z wody. Wziął mnie w Swoje ramiona. Wierzę, że ten wiatr uciszy się niebawem.

Natalia

Newsletter ICFD

Podziel się...

Gościmy

Odwiedza nas 237 gości oraz 0 użytkowników.

Ten serwis używa cookies!

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem