07fdef5812ae3146043012e4fc26058a 5903bb0004ee43673d690e4eff57663a 63863b75334751cb8314d08622272aa6 83be838a1c68f11ef9e4e39de541f318 b28da3c831c3176879cecde96d31b9ca d84f2790b8548d70bb64ce74713227fe e349c9e99b303bc8206ff5cbf52af9eb

rutyna-01Wcześniej czy później każdy z nas zaczyna się zmagać w swoim życiu ze stanem rutyny. Okazuje się, że może ona także dotyczyć sfery naszej duchowości, czyli relacji z Bogiem. Intuicyjnie wiemy, co ona oznacza. Spróbujmy przyjrzeć się lepiej, czym tak naprawdę jest.

Polskie słowo rutyna pochodzi od francuskiego „routine", a dokładnie od „route" – co znaczy „droga". Przez rutynę rozumiemy więc z jednej strony biegłość i wprawę nabyte przez długą praktykę w celu osiągnięcia zamierzonego celu. Z drugiej strony rutyną może być postępowanie czy wykonywanie jakichś czynności wg utartych schematów, uleganie nawykom. Trzymając się pochodzenia słowa rutyna od słowa „droga" moglibyśmy powiedzieć, że jest to nic innego jak docieranie do określonego celu utartą drogą, zawsze tą samą. I tu zaczyna się robić ciekawie. Bo czy do dotarcia do określonego celu jest nam potrzebna zawsze ta sama droga, czy też mamy prawo korzystać z różnych dróg? Św. Ignacy Loyola w jednej ze swoich sentencji powie, że jest rzeczą wielce niebezpieczną chcieć prowadzić wszystkich tą samą drogą do doskonałości. Wynikałoby z tego, że każdy z nas ma swoją własną drogę do Boga, tylko trzeba ją odnaleźć. Widzimy to chociażby we współczesnej rzeczywistości Kościoła. Obserwujemy rozkwit różnorodnych wspólnot formacyjno-apostolskich dla świeckich. Za każdą z nich kryje się konkretna duchowość, czyli droga dochodzenia do świętości poprzez zaangażowanie w pracę nad sobą, bycie dla innych, posługę apostolską, czy charytatywną itd. Pamiętam, że w czasie studiów z duchowości chrześcijańskiej moją uwagę przykuł tytuł jednego z przedmiotów, który brzmiał: „Szkoły duchowości". Widząc różnorodność szkół duchowości: benedyktyńską, franciszkańską, karmelitańską, ignacjańską itd. oraz poznając ich charakterystykę uświadomiłem sobie, że jest wiele różnych sposobów dochodzenia do bliskości z Bogiem i że mogą one być bardzo różne. Co więcej, winny być odpowiednio rozeznane przez osoby, które szukają własnej drogi do Boga. To rozeznanie musi uwzględniać nie tylko zapał i chęci, ale także naturalne predyspozycje takie jak charakter, siły, zdolności czy osobowość człowieka.

Każdy z nas potrzebuje zdrowej duchowości, czyli szeregu różnorodnych czynności podejmowanych w celu nawiązania i utrzymywania relacji z Bogiem, która skutkowałaby wiernością przyjętym zasadom we wszystkich obszarach życia. Przy tak zdefiniowanej duchowości warto zapytać się, czy rutyna pomaga czy też przeszkadza w budowaniu dojrzałej relacji z Bogiem? Wcześniej czy później stajemy przed pytaniem: „Jaka jest moja osobista droga do Boga?". Najpierw pytamy się o to, czy jest nią małżeństwo, a może kapłaństwo lub życie konsekrowane, a może jeszcze szerzej – świadomie wybrana samotność dla wzrostu Kościoła? Gdy już uda nam się rozeznać daną drogę, wtedy stajemy przed kolejnym pytaniem: „Jak mam to teraz zrobić?".

Zazwyczaj problem rutyny dotyczy naszego „Jak mam to robić?" - czyli jak na obranej drodze swojego powołania i duchowości – mam służyć Bogu i ludziom? Zaczynamy się męczyć, a w nasze życie zaczyna wkradać się przyzwyczajenie, znudzenie, schematyzm. Widać to chociażby w przypadku powołania do małżeństwa. W narzeczeństwie młodzi uwielbiają ze sobą rozmawiać, przebywać. Po ślubie często rozpoczyna się proces wewnętrznej korozji ich związku. Jest coraz więcej pilnych spraw do załatwienia, obowiązków, innych relacji, które zaczynają się wydawać bardziej atrakcyjne. Coraz większą trudność zaczyna stanowić wspólna rozmowa, spędzanie czasu, po prostu bycie ze sobą. W miejsce nowości, które oferowało narzeczeństwo okazuje się, że trzeba stawić czoła zwyczajnej codzienności wypełnionej obowiązkami, sprawami, relacjami i w dodatku zachować świeżość w miłości do współmałżonka. Czy to jest możliwe?

Łatwe rozwiązania

Mówimy powszechnie, że rutyna zabija ducha. I rzeczywiście tak się dzieje, gdy pozwalamy sobie pozostać w nurcie tego, co poznaliśmy wcześniej i co kusi zwodniczym poczuciem bezpieczeństwa. Jak to się dzieje, że narzeczeni potrafili z plecakami i paroma groszami w kieszeni jechać autostopem przez pół Europy, a teraz posiadając odpowiednie środki finansowe i własny samochód nie umieją dojść do porozumienia w sprawie wspólnego spędzenia wakacji? W ich związek wkradło się coś, co poważnie osłabiło ich miłość. Jak to jest, że w początkowej fazie relacji z Bogiem przeżywamy zachwyt z powodu poznania takiej czy innej formy modlitwy, a po kilku miesiącach czy latach rezygnujemy z jej praktykowania, albo odczuwamy znużenie, gdy mamy się modlić?

Wydaje mi się, że przeciwieństwem rutyny, która prowadzi do obumarcia czegoś dobrego w nas, jest świeżość. Widać ją najlepiej na wiosnę, gdy świat przyrody odżywa na nowo. Dostrzegamy wtedy życie tam, gdzie wcześniej była szarość i chłód kończącej się zimy. Czemu pozwalamy, aby rutyna tak często gościła w naszym życiu? Dzieje się tak dlatego, że wybieramy łatwe rozwiązania. Co jest łatwiejsze: pozostać w domu czy zorganizować wspólny wyjazd wakacyjny ze współmałżonkiem lub przyjaciółmi? Co jest łatwiejsze: odmówić modlitwę w utarty sposób i mieć święty spokój czy chociażby zmówić modlitwę typu: „Panie, Boże czuję się dziś zmęczony i nie chcę z Tobą rozmawiać. Mam nadzieję, że uszanujesz moją decyzję." Tak, to jest modlitwa i to bardzo szczera! A przecież często wszystko kończy się na odkładaniu jej na ostatnią chwilę dnia, a potem szybkim położeniem się spać. Zwodzenie Boga i siebie samego! Rutyna pojawia się w naszym życiu wtedy, gdy zaczynamy decydować się na łatwe rozwiązania. Przekraczamy w ten sposób pewną cienką granicę, a potem łapiemy się na tym, że nasze życie straciło sens, jest jakieś takie wyprane z kolorów. Życie bez... życia!

Warto przy tym zwrócić uwagę na podstawowe rozróżnienie między dobrem a złem. Dobro wymaga trudu i wysiłku. Wymaga po prostu walki duchowej ze swoim fałszywym „ja", z tym wszystkim w nas, co dąży do rozkładu, kusi łatwością, przyziemnością. Z kolei zło jest łatwe. Niejako narzuca się samo. Nie wymaga specjalnego wysiłku – raczej biernego poddania się, nie stawiania oporu. Mówi do nas: „Po co się wysilać i trudzić? Przecież inni tak się nie starają i ty sobie odpuść!".

Poczucie lęku przed nieznanym

Ale przecież nie zawsze decydujemy się na coś z powodu łatwości. Drugim czynnikiem wywołującym w nas rutynę jest poddanie się poczuciu lęku przed nieznanym. Przeciwnie, kiedy zostajemy niejako zmuszeni przez zaistniałe okoliczności do stawienia czoła czemuś nieznanemu, wtedy często następuje mobilizacja nowych sił. Dzieje się tak, gdy np. ktoś traci dotychczasową pracę i znajduje nową, która okazuje się być o wiele lepsza niż poprzednia. Okazuje się nagle, że w poprzedniej nie mógł się tak rozwinąć jak w obecnej. To, co nowe wymaga od nas nowego sposobu myślenia czy postępowania. Jeśli poddajemy się lękowi o swoją przyszłość, wtedy tracimy szansę na poznanie i wybranie nowej drogi do zrealizowania obranego celu. Wiemy z własnego doświadczenia, że najczęściej ze strachu nie umiemy stawić czoła nowej rzeczywistości. Pojawia się wtedy pokusa powtarzania utartych schematów. Chcielibyśmy powrotu starej rzeczywistości: żeby wszystko było tak, jak dawniej. Ale życie płynie dalej i wymaga od nas nieustannego rozwiązywania problemów i sytuacji z pozoru wyglądających na niemożliwe do przejścia. Jeśli nauczymy się przełamywać w sobie lęk, który chce nas zamknąć w naszej dotychczasowej, dobrze nam znanej rzeczywistości, wtedy możemy spodziewać się zupełnie nowych rozwiązań. Jest ogromny sens w wezwaniu do rezygnacji z lęku, które na kartach Biblii pojawia się 365 razy. A więc starczyłoby na każdy dzień roku! Bł. Jan Paweł II uczynił z niego zawołanie swego pontyfikatu: „Nie lękajcie się!". Warto pamiętać o tym, że to właśnie strach jest przeciwieństwem miłości, o czym mówi św. Jan: „W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk" (1J 4, 18).

Kiedy więc pojawia się w naszym życiu zła rutyna? Wtedy, gdy zaczynamy poddawać się lękowi, a nasze motywacje wynikają bardziej ze strachu. Wtedy właśnie wybieramy stare, utarte ścieżki życiowe, które blokują nasz rozwój. Samo wyuczenie się pewnych szablonów czy zasad postępowania nie jest złe. Jest wręcz konieczne do codziennego funkcjonowania. Wiele z naszych codziennych czynności wykonywanych jest w sposób nawykowy, co jest wielce pomocne. Dzięki takiemu sposobowi działania możemy ułatwić sobie wiele codziennych zadań i prac. Trudno wyobrazić sobie kierowcę, który w czasie jazdy skupia się na przerzucaniu biegów lub używaniu poszczególnych pedałów. Jeśli nie będzie używał skrzyni biegów i pedałów w sposób zrutynizowany, nie będzie mógł sprawnie kierować pojazdem. Z drugiej strony od dobrego kierowcy wymaga się wyobraźni, zdolności obserwowania drogi i przewidywania tego, co może się zdarzyć. Także zdolności do obrania nowej drogi, gdy okaże się, że zaplanowana trasa jest zablokowana z powodu korka czy wypadku. Są kierowcy, którzy będą godzinami czekać w korku, ale są także tacy, którzy od razu będą próbowali znaleźć rozwiązanie i inną drogę pozwalającą dotrzeć do celu. Niebezpieczeństwo rutyny pojawia się wtedy, gdy zaczyna być obecna tam, gdzie winno dominować realistyczne, ale zarazem optymistyczne patrzenie na swoje życie, na to, co mogę i chcę w nim dokonać, na swoją misję życiową.

Dojrzałość a rutyna

rutyna-02

Dorosły człowiek, który nie zatrzymał się w swoim rozwoju osobowym na etapie dziecka czy nastolatka, będzie zdolny do podejmowania samodzielnych decyzji wykraczających poza schematy. Dokładnie taki obraz Jezusa przedstawiają Ewangelie. Jest to obraz trzydziestoletniego mężczyzny, który potrafi przełamywać schematy w relacjach międzyludzkich. Wystarczy wspomnieć o odwadze z jaką Jezus toczy dialog z Samarytanką przy studni. W tamtych czasach rozmowa mężczyzny z kobietą na osobności należała do czegoś podejrzanego i nieaprobowanego społecznie. Przypomina o tym reakcja Apostołów, którzy dziwili się, że rozmawiał z kobietą (por. J 4, 27). Podobnie było z gronem najbliższych osób, które Jezus wybrał jako swoich uczniów. Wiemy, że w najbliższej Jezusowi grupie byli nie tylko Apostołowie, lecz również kobiety, które „chodziły za nim". Wedle ówczesnego języka mogło to oznaczać coś więcej, niż „towarzyszyły i usługiwały". Mogło po prostu znaczyć, że były Jego uczennicami. Jedną z takich kobiet jest Maria z Betanii. W tym względzie Jezus przełamywał ówczesne obyczaje. Dla Żydów było bowiem czymś niewyobrażalnym, aby mistrz-rabbi miał w gronie swoich uczniów kobiety. Wiadomo, że Jezus w relacjach z kobietami przełamywał konwenanse i religijne zakazy: przyjaźnił się z nimi (Maria i Marta - siostry Łazarza), pozwalał dotykać się kobietom uważanym za nieczyste (cierpiąca na upływ krwi, „grzesznica" na uczcie u faryzeusza Szymona - por. Łk 7,36 – 50)1.

Na tle tych scen z Ewangelii widzimy Jezusa jako kogoś odważnego, a już na pewno nie kierującego się rutyną w relacjach do ludzi. Wręcz przeciwnie. Jezus ukazuje się nam jako Ten, który przełamuje schematy i zwyczajowe sposoby zachowań przyjęte w ówczesnej kulturze i religii. Nie czyni tego, aby kogokolwiek zgorszyć. Nie jest zwolennikiem zachowywania przyjętych zasad za wszelką cenę. Jego uczniowie szybko uczą się tego nowatorstwa i np. nie mają oporu, aby łuskać kłosy w szabat. Jezusowi nie chodzi o to, aby znieść przykazania, ale żeby ukazać ich istotę, to, czemu mają służyć. A są dane po to, aby służyły dobru człowieka: zbawieniu jego duszy. Aby służyły duchowemu przebudzeniu człowieka. I właśnie dlatego czasem Jezus użyje parabol i przypowieści, które szokują. A odczytane literalnie po prostu są nie do pogodzenia z duchem Ewangelii. Przykładem może być chociażby wezwanie do nienawiści swoich najbliższych, a nawet samego siebie: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto siebie samego, nie może być moim uczniem (por. Łk 14, 26)2. Czy Jezusowi chodzi o podżeganie do nienawiści? Nie! Jemu chodzi o Królestwo Niebieskie, czyli królestwo miłości, które musi zająć pierwsze miejsce w naszym sercu! To jest cel. Żeby to ukazać lepiej, żeby Jego słowa nie zostały przez nas przyjęte z przyzwyczajeniem, używa tak silnego porównania, aby nas przebudzić! Proponuje nowe spojrzenie, aby odwieczna rzeczywistość bycia stworzonymi z miłości i dla miłości mogła w nas zakiełkować!

Widzimy więc Jezusa, który nie waha się wybrać takich słów i porównań, które mogą nas szokować. Wybiera taką drogę, którą może trafić do naszego serca. A przecież dobrze wiemy, że to serce często obudowujemy różnymi barierami znieczulenia i niewrażliwości. Dojrzałość duchowa, którą reprezentuje Jezus wymaga wyjścia poza schematy wtedy, kiedy może się to okazać koniecznym dla naszego przebudzenie.

Którędy do Królestwa Niebieskiego?

rutyna-03

Jaką drogę wybrać, by dojść do Królestwa Niebieskiego? Czy mamy stosować rutynę czy raczej jej unikać? Odpowiedź jest następująca: w takiej mierze mamy ją wybierać, w jakiej pomaga nam realizować dane dobro, a w konsekwencji pomaga zbliżyć się do Królestwa Niebieskiego. Jednakże w takiej mierze trzeba nam z niej rezygnować, w jakiej oddala nas od zbawienia wiecznego. No dobrze, ale co to oznacza w praktyce?

Jako przykład podam praktykę codziennego rachunku sumienia, który jest dla św. Ignacego Loyoli najważniejszym ćwiczeniem duchowym. Rutyna jest potrzebna do odprawienia rachunku sumienia. Jest potrzebna do wyrobienia sobie nawyku codziennego wieczornego znajdowania kwadransu czasu na to, aby stanąć w obecności Boga, podziękować za otrzymane dobrodziejstwa i wykonać kolejne cztery punkty z przepisanego przez św. Ignacego rachunku. I tu kończy się rola rutyny. Dalej jest miejsce na codziennie, świeże spojrzenie na Boże działanie w moim życiu oraz na to, jakiej odpowiedzi udzieliłem.

Rutyna jest mi potrzebna do tego, abym codziennie podjął to ćwiczenie. Jest to dobra i potrzebna rutyna. Zarazem jednak jest to ćwiczenie, które ma mnie przebudzić i pozwolić dostrzec Boże działanie kryjące się za często niepozornymi wydarzeniami dnia. Dlatego św. Ignacy rozpoczyna rachunek sumienia od ćwiczenia wdzięczności - dziękowania Bogu za otrzymane dobrodziejstwa. Mam się ćwiczyć w odkrywaniu Boga, który ukrył się w ciągu mijającego dnia za różnymi znakami: czyjeś życzliwe spojrzenie, słowo, pomocnie wyciągnięta dłoń. Jakiś obraz przyrody: słońca, chmur, drzew, tego, co za moim oknem, na co może zazwyczaj nie zwracam uwagi, a przez co Bóg dziś do mnie mówił. Czasem odczytany znak drogowy ustawiony na początku osiedlowej uliczki, który może mówić mi wprost o Królestwie Bożym: „Droga wewnętrzna". Jest to bardzo ważne ćwiczenie, które polega na podjęciu wysiłku dostrzeżenia niezwykłego Boga w zwykłych, codziennych rzeczach.

To ćwiczenie się we wdzięczności Stwórcy za Jego dary jest najlepszym sposobem zwalczania złej rutyny w naszym życiu. Wymaga wysiłku i trudu, by odsłonić rzeczywistość i zobaczyć jej głębszą warstwę, tę duchową. Taki jest właśnie sens bycia chrześcijaninem, jak to określił trafnie o. Karl Rahner SJ mówiąc: „Chrześcijanin przyszłości albo będzie mistykiem, albo go w ogóle nie będzie". Mistyka jest właśnie odkrywaniem ukrytej, duchowej rzeczywistości w tym, na co codziennie patrzymy, a przez co Bóg chce dotrzeć do nas. Oczywiście, o ile Mu na to pozwolimy.

o. Dariusz Michalski SJ

Przypisy:

1. Por. Cezary Gawryś, Mężczyzna, Jezus z Nazaretu, w: http://laboratorium.wiez.pl/teksty.php?mezczyzna_jezus_z_nazaretu; strona odwiedzona 10.05.2011.

2. Kluczem do właściwego zrozumienia tego wymogu jest odniesienie go w przypadku bliskich do szukania zabezpieczenia u nich, a nie w relacji do Jezusa. Natomiast w przypadku własnej osoby do nienawiści tzw. fałszywego „ja", czyli tego, co w człowieku sprzeciwia się nauczaniu Jezusa.

--

Photos used under Creative Commons from:woodleywonderworks, mjaniec.

Newsletter ICFD

Podziel się...

Gościmy

Odwiedza nas 320 gości oraz 0 użytkowników.

Ten serwis używa cookies!

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem