07fdef5812ae3146043012e4fc26058a 5903bb0004ee43673d690e4eff57663a 63863b75334751cb8314d08622272aa6 83be838a1c68f11ef9e4e39de541f318 b28da3c831c3176879cecde96d31b9ca d84f2790b8548d70bb64ce74713227fe e349c9e99b303bc8206ff5cbf52af9eb

 stawanie sie2Wtedy Jezus rzekł do swoich uczniów:
„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie,
niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”
/Mt 16,24/

Dobrzy czy źli?

Przywołane na początku zdanie o zaparciu się samego siebie jako warunku pójścia za Jezusem może wydawać się okrutne. Jak to? Mam przekreślić siebie, żeby pójść za Jezusem? A jeśli nawet tak uczynię, to kto wtedy za Nim pójdzie? Przecież już nic ze mnie nie zostanie. Ale Jezus się nie myli. Aby odczytać Jego wezwanie trzeba dokonać istotnego rozróżnienia. Otóż nikt z nas nie jest jedną spójną i niepodzielną całością. Intuicyjne poznanie tej prawdy mają już małe dzieci. Moja znajoma odwiedziła kiedyś swojego kilkuletniego chrześniaka. Gdy zapytała go, jak się dziś zachowywał – czy był grzeczny, czy niegrzeczny – mały Jasiu udzielił genialnej odpowiedzi: „Ciociu, byłem dziś trochę grzeczny i trochę niegrzeczny”. Bingo! To jest właśnie to! Kiedy dorastamy coraz bardziej próbujemy znaleźć jednoznaczną definicję samych siebie. W tym celu budujemy sobie zazwyczaj obraz człowieka dobrego, któremu z jakiegoś nieznanego powodu... „przydarzają się” złe czyny. Gdy tylko ktoś kwestionuje nasze wyobrażenie, przeżywamy to jako atak na naszą osobę. Czasem bywa na odwrót. Jeśli ktoś od samego początku doświadczał krzywdy i niesprawiedliwości może myśleć o sobie, że jest niczym innym, jak samym grzechem i złem.

Czasem zastanawiamy się, czy z natury jesteśmy dobrzy czy źli? Skoro Adam i Ewa, mając wszystko, odwrócili się od Boga i zgrzeszyli, to czy my będąc ich potomkami możemy powiedzieć, że jesteśmy z natury dobrzy? Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy ponownie uznać istnienie w naszym człowieczeństwie dwóch elementów. Pierwszym z nich jest naturalna, otrzymana od Stwórcy dobroć ludzkiej natury. Księga Rodzaju uwypukla ją podkreślając, że w dniu stworzenia człowieka „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre” (Rdz 1,31). Określenie „bardzo dobre” pojawia się właśnie dopiero w szóstym dniu, gdy na ziemi pojawia się człowiek.

No dobrze, a co z elementem zła, który wkrótce dojdzie do głosu w nieposłuszeństwie wobec Stwórcy? Przecież Bóg nie wyposażył mężczyzny i kobiety w zło. Tak, ale wpisał w ich naturę dar wolności. Człowiek zaś korzystając z niego w niewłaściwy sposób oddzielił się od Boga. I to właśnie nazywamy grzechem. Od tego momentu, do dobroci otrzymanej w akcie stworzenia, dołącza głębokie rozdarcie ludzkiej natury będące konsekwencją ludzkiej decyzji. Dopiero te dwa elementy: naturalna dobroć i rozdarcie spowodowane grzechem stanowią o ludzkiej kondycji.

Powtórka z Raju

Wydawać by się mogło, że historia Adama i Ewy to coś jednorazowego i zakończonego. Jednak tak nie jest. Codziennie każdy z nas przeżywa w sobie jej powtórkę. Dawno temu Adam i Ewa podjęli decyzję o byciu jak Bóg. Doprowadziło to do wewnętrznego rozdarcia. Codziennie doświadczamy tej niespójności w nas. Wyraża się to chociażby w chęci bycia jak... ktoś inny. Możemy stać się kimś innym, ale ceną, którą musimy za to zapłacić jest rezygnacja z bycia sobą.

Adam i Ewa mogli być sobą, gdyż pozostawali w zażyłej relacji z Bogiem. Bóg przechadzał się po Raju, rozmawiał z ludźmi, był blisko, na wyciągnięcie ręki. Ta tęsknota za bliskością z Bogiem jest w nas nadal żywa, mimo skutków grzechu pierworodnego. Grzech nie wymazał z naszych serc największego pragnienia: bycia jedno z Bogiem. Jednak próbuje nas zmylić namawiając do niewielkiej, lecz istotnej zmiany. Nakłania nas, abyśmy zastąpili bycie z Bogiem na bycie jak Bóg. W podpowiedzi złego ducha kryje się zachęta do tego, aby ponownie oddzielić się od Boga i pozostać na poziomie samowystarczalności: ja sam, ja sama(1). Szczęście, które proponuje nam szatan zostaje ukazane w modelu życia w pojedynkę. Drugi człowiek lub nawet sam Bóg mogą być przy nas obecni, ale nie w znaczeniu nawiązywania relacji, bycia razem, a jedynie wykorzystywania drugiego dla osiągnięcia własnych celów.

I tak codziennie próbujemy żyć... sami, albo dokładniej – obok innych. Szukamy szczęścia w naszej samowystarczalności, co prowadzi nas do cierpienia. Dlaczego? Bo od początku zostaliśmy stworzeni jako osoby ludzkie, czyli takie, których szczęściem jest dzielenie życia z innymi osobami – zarówno ludzkimi, jak i Boskimi.

Maski i zbroje

Życie w osamotnieniu – obok innych, czyli bez autentycznej wspólnoty osób, powoduje poczucie głębokiego nieszczęścia, które daje o sobie znać w postaci cierpienia. Aby je zminimalizować korzystamy z różnego rodzaju mechanizmów obronnych. Mówi się, że mają one charakter adaptacyjny. To znaczy, że pozwalają zaadoptować się nam do jakiejś trudnej sytuacji. Jeśli np. ktoś wzrasta w rodzinie dysfunkcyjnej, gdzie nie otrzymuje wystarczająco dużo miłości, troski, serdeczności lub wręcz nie otrzymuje ich wcale, wtedy próbuje odciąć się od doznawanego cierpienia psychicznego zakładając na siebie pancerz nieczułości. Jeśli cierpienie jest mniejsze i mamy do czynienia ze zwykłymi brakami miłości (a ma to miejsce nawet w najlepszych rodzinach), wtedy wystarczy założenie maski skrzywdzonego. Wzbudzając litość w innych możemy dostać to, czego nie dostaliśmy w środowisku rodzinnym. Czasem komuś będzie potrzebna maska samowystarczalności i siły. Będzie wtedy wysyłał sygnał do wszystkich dookoła: „Nie potrzebuję twojej pomocy, poradzę sobie sam/sama; trzymaj się ode mnie z daleka!”.

Mechanizmy obronne są nam potrzebne do przeżycia szczególnie w trudnych, początkowych okresach naszego życia. Mają jednak swoje poważne minusy. Po pierwsze potrafimy się do nich tak przyzwyczaić, a nawet od nich uzależnić, że w chwili, gdy zanika sytuacja zagrożenia my zachowujemy się tak, jakby była ona nadal realna. Dalej korzystamy ze zbroi lub masek. Drugim minusem jest to, że zastosowanie mechanizmów obronnych prowadzi do wewnętrznego odcięcia od samych siebie. Znieczulanie bólu czy strachu to znieczulanie konkretnej emocji. A przecież jest to jakaś część nas samych! Znieczulając choćby tak niewielką część siebie przestajemy... być sobą.

I tu historia zatacza wielki krąg. Powracamy do pierwotnego dylematu: czy chcę być sobą ze wszystkimi tego konsekwencjami np. z cierpieniem, które stanowi część życia, czy raczej wybieram bycie nie-sobą. Czy wybieram radzenie sobie samemu z przykrymi uczuciami, czy decyduję się na wejście w kontakt z kimś, kto przyjmie mnie całego takim, jakim jestem?

stawanie sieUratowani

Niewątpliwie jesteśmy w lepszej sytuacji niż pierwsi rodzice. „Jak to w lepszej?” - mógłby ktoś zapytać. „Przecież oni żyli w raju, byli doskonali. A my teraz zmagamy się ze skutkami ich grzechu i często popełniamy ten sam błąd co oni!”. Tak, to prawda, ale nie cała. Powróćmy do początkowego cytatu. Jezus mówi: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje”.

„Pójść za Mną” - to zaproszenie do pójścia drogą szczęścia. Ale już nie w pojedynkę! To pozwolenie, by dać się poprowadzić Jezusowi. By móc stać się tym konkretnym mężczyzną lub kobietą, których Bóg zamarzył i zapragnął jeszcze przed stworzeniem świata. Nie mogę tego uczynić samemu.

„Zaprzeć się samego siebie” znaczy codziennie rezygnować z pokusy chowania się za maskami, bycia nie-sobą. Bycia kimś innym niż się jest. Sami możemy założyć zbroję. Ale sami już nie damy rady jej z siebie ściągnąć! Do stawania się sobą konieczne jest towarzyszenie Boga. Zgoda na Jego obecność i działanie w naszym życiu. To nic innego jak zgoda na przyjaźń z Bogiem. Wiara w to, że On nie chce nas skrzywdzić. Zaufanie, że nasze powtórne narodziny wymagają koniecznego i potrzebnego bólu. Bólu, który nie zabija, a oczyszcza.

„Niech weźmie swój krzyż”. To zdanie wyraża prawdę, że decyzja o stawaniu się sobą wiąże się z ogromnym trudem. Skoro świat nie zgadza się na mnie takim, jakim jestem, bo nie spełniam jego oczekiwań lub pozwala mi na wszystko, to albo mnie odrzuca, albo odbiera możliwość rozwoju. Jezus proponuje drogę krzyża. Krzyża własnego człowieczeństwa, które jest darem (naturalna dobroć) oraz zadaniem (przezwyciężanie rozdarcia). Mogę zgodzić się na siebie i żyć w pełni dopiero wtedy, gdy uznam te dwa elementy: dobroć mojej osoby oraz potrzebę przezwyciężania pokusy życia w samowystarczalności. Drogą jest codzienne branie swojego krzyża „rozdartego człowieczeństwa”. A czasem nawet krzyża „zranionego człowieczeństwa” innych ludzi wokół mnie. Wziąć swój krzyż to odważyć się spotkać ze sobą takim, jakim jestem. To zgodzić się na siebie: zarówno na swoją grzeszność jak i świętość.

„Niech mnie naśladuje”. Jezus powierzył się Ojcu cały. Zawierzył się Jego miłości i nie dał jej sobie odebrać nawet wtedy, gdy w opuszczeniu i odrzuceniu umierał na krzyżu. Jego ostatnie słowa to wyznanie wiary, że wciąż pozostaje Synem Ojca: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego” (Łk 23,46). Pozostając Synem pozostaje... sobą, choć zewnętrznie przypomina jedynie strzępek człowieka. Naśladować Jezusa to przede wszystkim nie ulegać potępianiu zarówno siebie jak i kogokolwiek innego. Pierwsze słowa Jezusa na krzyżu to nie słowa nienawiści czy gniewu, ale te, w których wyraża przebaczenie: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” (Łk 23, 34). Jezus nie ulega pokusie odrzucenia człowieka dlatego, że przez swoje czyny doprowadza do Jego śmierci. Zamiast potępiać, Jezus wstawia się u swego Ojca. Szczytem tej misji jest niewinne i otwarte serce Jezusa na krzyżu, w którym każdy z nas został pojednany z Bogiem-Ojcem. To, co utracił Adam w Raju – więź z Bogiem – odzyskał Nowy Adam na krzyżu. Historia została domknięta.

Co dalej?

Nikt z nas nie może powiedzieć o sobie: nie jestem poraniony. Czasem po prostu nie umiemy się do tego przyznać i maskujemy nasze wewnętrzne rozdarcie uśmiechem czy dobrą miną. Pokazujemy na zewnątrz, że jesteśmy silni i że dajemy sobie radę. Prawdziwą ulgę i wyzwolenie przynosi jednak zgoda na bycie istotami paradoksalnymi: trochę grzesznymi i trochę świętymi, trochę samolubnymi i trochę przekraczającymi siebie. Ale przede wszystkim zgoda na bycie kochanymi przez Boga właśnie takimi – ze wszelkimi swoimi dwuznacznościami. Nie musimy ich już ukrywać przed samymi sobą. Nie musimy się bać, że ktoś je zdemaskuje w nas. Możemy się śmiało do nich przyznać. Jezus powiedział, że mamy szukać prawdy, a prawda nas wyzwoli (zob. J 8,32). Dopiero uznanie prawdy o wewnętrznym rozdarcia i ofiarowanie go Bogu jako Temu, który może i chce nas kochać takimi, jakimi jesteśmy, przynosi ulgę naszym obolałym i często opancerzonym sercom. To coś, czego nikt z nas nie może dać sobie sam. Gdyby tak było, to śmierć Jezusa na krzyżu byłaby niepotrzebna.
Dobra Nowina to wieść o tym, że jesteś kochany pośród twego rozdarcia. I że niezależnie od tego, jak bardzo jesteś poraniony w środku, to z łaską Boga możesz codziennie na nowo stawać się sobą, rezygnując z samowystarczalności i wychodząc ku Bogu i innym. Bo do tego, by żyć, chodzić po ziemi, być z innymi nie musisz być idealny. Bóg Ojciec oddał swego Syna nie za idealnych, ale za zwykłych i niedoskonałych. Za Ciebie! Nie tylko możesz być sobą – czując się kochanym takim jakim jesteś ale też pomóc innym, by mogli doświadczyć w sobie tego samego. Dla Boga bowiem nie ma rzeczy niemożliwych!

 

o. Dariusz Michalski SJ

---

(1) Słowa: „samiec” i „samica” mają tę samą część co słowo „sam”. Nasze życie to nic innego jak nieustanne przechodzenie od zwierzęcej samczości do stawania się osobą. Czyli kimś, kto nie działa już na poziomie samych instynktów zwierzęcych, ale próbuje odnajdywać sens życia w relacji miłości – służby, szacunku, sprawiedliwości wobec innych osób. Warto zwrócić także uwagę na to, że człowiek został stworzony tego samego dnia co zwierzęta. Nie ma oddzielnego dnia dla stworzenia człowieka. Być może nieznany autor Księgi Rodzaju chciał w ten sposób podkreślić obecność zwierzęcego elementu samczości w każdym człowieku.

Newsletter ICFD

Podziel się...

Gościmy

Odwiedza nas 32 gości oraz 0 użytkowników.

Ten serwis używa cookies!

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem